Losy przeplatane PDF Drukuj Email
Autor: Spisał Anatol Jakowlew   
29.04.2009.

Wieś Krasnołuczka, rejon lepelski Janina Wołodźko. Wieś Krasnołuczka, rejon lepelski

Urodziłam się w Krasnołuczce w 1915 roku, byłam trzecim dzieckiem po bracie i siostrze. Niestety, kiedy miałam dopiero rok, zmarł nam ojciec. Dzieciństwo miałam trudne i głodne. W rodzinnej wsi ukończyłam 4 klasy polskiej szkoły. Mieliśmy w naszej szkółce nauczyciela, młodego pana Zarycznego, po zamknięciu w 1937 roku szkoły aresztowano go i wywieziono.

Po ukończeniu 4 klas, mnie i jeszcze kilka dzieci z biedniejszych rodzin skierowano na dalszą naukę do polskiego Domu Dziecka we wsi Zamoszcze w rejonie połockim. Znajdowała się ta wioska nad samym brzegiem Dźwiny, naprzeciw miasteczka Dzisna, która i wtedy należała do Polski. Wychowanie w Domu dziecka odbywało się według metod sowieckich, ale językiem wykładowym był polski. Pamiętam, że dużo uwagi nadawano obchodom świąt bolszewickich, na przykład na 1Maja wszyscy uczniowie na czele z wychowawcami i czerwonymi sztandarami nad kolumną udawali się nad brzeg Dźwiny i stojąc naprzeciw polskiego miasteczka głośno wykrzykiwali slogany w języku polskim „Niech żyje Polska Partia Komunistyczna”, „Niech żyje Stalin” i inne bzdury. W tym Domu uczyło się ponad 180 dzieci, warunki życia mieliśmy znośne, ale uczyliśmy tam tylko dwa lata, ponieważ Dom dziecka został przestawiony na rosyjski język wykładowy. Znów powróciliśmy do swojej wsi i 7-1etnią szkołę ukończyłam w sąsiedniej wsi Wesełowo, gdzie jeszcze pracowała polska szkoła.

W te odległe czasy w naszej wsi wszyscy rozmawiali po polsku, jeszcze za cara wiejska gromada na własny koszt zawsze zapraszała nauczycieli języka polskiego i utrzymywała szkołę. Jak opowiadała mama, przed samą rewolucją w naszym domu mieszkali dwie panie nauczycielki. Nasza wioska była szlachecka i bardzo religijna. Przy źródełku z wodą uzdrawiającą w pobliskim lesie stała kapliczka, niestety spłonęła 10 lat temu, a w sąsiedniej wsi Wesełowo stał kościół, gdzie proboszczem do 1937 roku był ksiądz Maczek, mieszkał on na chutorze u państwa Gałkiewiczów.

W 1931 roku wyszłam za mąż, w obawie przed niepożądanymi następstwami ślub brałam w Leplu, wierzących wtedy mocno prześladowano, a ja chciałam wstąpić na studia pedagogiczne. Niestety moje życie rodzinne nie trwało długo. Na początku 1938 roku aresztowano mego męża, pozostałam sama z dwoma dziećmi – starszy miał 5lat, młodszy tylko 8 miesięcy.

Razem z mężem aresztowano jeszcze kilku chłopów z naszej wsi, pędzono ich przez las w stronę Wesełowa i dalej do Lepla. Odprowadzała nieszczęsnych swoich bliskich prawie cała wieś do sąsiedniego Wesełowa, idąc przez las namawiałam męża do ucieczki, bo możliwość ucieczki istniała, on jednak nie chciał przyjąć mojej propozycji mówiąc, że daleko nie uciekniesz, a zamiast mnie aresztują ciebie i dzieci pozostaną sierotami. W lepelskim więzieniu męża mocno torturowali, kiedy spotkałam się z nim tam pierwszy raz, trudno go było poznać, cała twarz w sińcach, nos spuchnięty, w rozmowie powiedział, że zmuszony został do podpisania takiego oskarżenia, które nawet we śnie się nie śniło. Zarzucano mężu również to, że jego brat mieszkał w Polsce i pracował gdzieś w Warszawie, jako księgowy, a drugi mieszkał w Ameryce, gdzie wyjechał jeszcze przed rewolucją. Aresztowano również siostrę męża, wywieziono ją do Kotłasu, stamtąd uciekła, ale aresztowano ją ponownie i wysłano na Syberię.

Z Lepla męża przewieziono do Orszy, tam też jeździłam parę razy, przekazywałam paczki żywnościowe, dostawałam karteczki potwierdzające odbiór, ale spotkań już nie było. Po 3 miesiącach oznajmiono mi, że skazano go na 10 lat z pozbawieniem prawa na korespondencję. Od tej pory żadnej wiadomości od męża nie otrzymałam.

W sprawie męża pisałam listy do Moskwy, do Woroszyłowa i innych kierowników sowieckich, w odpowiedzi zapowiadali ponowne rozpatrzenie sprawy, ale nic się nie zmieniło, potem udałam się tam sama, miałam w Moskwie stryjeczną siostrę, razem z nią chodziłam po różnych urzędach, jednak wynik tych wizyt pozostał zerowy. We łzach i rozpaczy powróciłam do swojej leśnej wsi. Po wojnie ponownie pojechałam do Moskwy w 1952 roku szukać śladów męża i znów żadnego wyniku. Przed powrotem do domu wstąpiłam do kościoła na Łubiance i pierwszy raz od wielu lat się wyspowiadałam.

Po areszcie męża życie moje stało się jeszcze trudniejsze. Za niewolniczą pracę w kołchozie nie płacono nic, żyliśmy z działek i z tego, co udawało się uzbierać w lesie. Sklepów tu nie było żadnych, żeby coś sprzedać i kupić trzeba było pieszo iść 22 km do Lepla, stamtąd i chleb przynosiliśmy.

W 1941 roku rozpoczęła się wojna z Niemcami, dookoła stały bazy partyzanckie, musieliśmy zaopatrywać ich w żywność. My z mamą w naszym domu karmiliśmy 17osób. Po wojnie zebrałam trochę pieniędzy ze sprzedaży dwóch kóz, jaj i masła, oprócz tego pożyczyłam l400 rubii i razem z kilku innymi kobietami udałam się na Łotwę, żeby kupić krowę Podróżowaliśmy prawie miesiąc, ale do domu powróciliśmy z krowami. Całą drogę powrotną szliśmy pieszo. Krasula nas żywiła i pomagała spłacać podatki.

Dzieci moje nie żyły na tym świecie zbyt długo. Młodszy zachorował i umarł w wieku 6 lat, a starszy w wieku 16 lat w czasie wakacji letnich przebywając u stryja w Żodzinie utonął.

17 lat po areszcie męża żyłam sama, ale potem znów wyszłam za mąż, urodziło mi się dziecko, ale niestety jest inwalidą, drugi mąż też już zmarł 10 lat temu. Bieda i gorycz nie opuszczały mnie przez całe życie.

Spisał Anatol Jakowlew
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »