| Polacy nie "paszportowi" |
|
|
|
| Autor: Mikołaj Chilkiewicz | |
| 12.05.2009. | |
|
Dlaczego nie mogę otrzymać Karty Polaka? W swoim artykułu chciałbym dotknąć bardzo ważnego pytania - problemu „polskości” na Białorusi. Na początku chcę podkreślić, że jestem etnicznym Polakiem, mimo wpisania w moich byłych dokumentach narodowości białoruskiej. Moje kategoryczne twierdzenie opiera się na tym, że w rodzinie mojej matki, Reginy Stefanowicz, wszyscy byli Polakami. Historycy wiedzą, że tworzenie mieszanych małżeństw aż do lat 30. było prawie niemożliwie, ponieważ ani Kościół, ani Cerkiew prawosławna tego nie akceptowali. W przeszłości, jak mówiła matka, w rodzinie babci rozmawiano po polsku, dzieci oddawano do polskich szkół, szanowano tradycję polskie i święta katolickie. Przy stole, gdy zbierała się rodzina, śpiewało się polskie piosenki, listy pisano po polsku, polskie napisy pozostały na dawnych zdjęciach; grobach... Tak moja babcia z dziadkiem jak i matka zawsze uważali się za Polaków, choć w latach 30. przymusowo zostali zapisani Białorusinami. Chociaż mój ojciec, Dymitr Chilkiewicz, uważał się za Białorusina, ale w jego rodzinie też byli Polacy. Jego dziadek, Ignacy Łukomski, pochodził z Częstochowy. W mojej rodzinie po polsku rozmawiano mało, ponieważ ojciec nie był wychowany w tradycjach polskich, ale od wczesnego dzieciństwa często słyszałem język polski. Moja matka czasem śpiewała albo żartowała w swoim języku, opowiadając nam jakiś polski wierszyk. Rodzice mojej matki, Antoni Stefanowicz i Jadwiga Ansilewska (Ańsilewska), którzy mieszkali w latach 20. na chutorze w okolicy Mińska, a potem po odebraniu ich gospodarstwa przez bolszewików - we wsi Suchorukie. O rodzinie mojego dziadka znam niewiele, rodzicami jego byli Jan i Malwina, wiem, że dziadek urodził się w Mińsku, należał do znanego w stolicy bogatego szlacheckiego rodu. Do rodziny dziadka należał sklep spożywczy, który był źródłem dostatniego życia. Ale z ciągiem czasu utrzymanie rosnącej rodziny (8 dzieci) wymagało wielkich pieniędzy i aby wiązać koniec z końcem sklep został sprzedany i rodzina kupiła wielką działkę ziemi, gdzie wybudowała chutor, nazwany „Gniłaja Łuża” (Zgniła Kałuża). Rolnictwo było głównym środkiem ich utrzymania aż do czasu, gdy ich gospodarstwo odebrane zostało przez władzę radziecką. Rodzina mojej babci Jadwigi Ansilewskiej też pochodziła z dawnego szlacheckiego rodu, który w wiekach XVII-XIX mieszkał w okolicach Wilna i Smorgoni, mieli tam majątek Zubry i kilka setek chłopów. W końcu XIX w. majątek został sprzedany i część rodziny przeniosła się do okolic Mińska. W dzieciństwie moja babcia Jadwiga mieszkała na zachód od Mińska między Ratomką a Masiukowszczyną (po przyjściu bolszewików ich chutor i gospodarstwo zostały zniszczone). Babcia miała 4 braci i siostrę. Przy sowietach większość rodziny zesłano do Syberii albo rozstrzelano, jeden z jej braci – Józef zdążył wyjechać do Polski, gdzie mieszkał przed wojną w mieście Wałcz, był oficerem w wojsku polskim. O jego losie nic mi nie wiadomo. Rodzicami mojej babci byli Maria i Kazimierz Ansilewscy. O rodzinie mojego pradziadka Kazimierza znam mało, miał zdaje się jednego brata. Jego ojciec miał na imię Zygmunt, miał trzech braci. Wszyscy byli członkami Mińskiego Zebrania Gubernialnego i uczestnikami wyborów do różnych urzędów państwowych. Jak mi jest wiadomo ze słów babci, prawie cała ich rodzina po rewolucji październikowej została zniszczona przez bolszewikami. Ojcem Zygmunta (moim praprapradziadkiem) był Szymon Ansilewski. Tragiczny los większości rodziny Ansilewskich i Stefanowiczów był związany przede wszystkim z ustanowieniem władzy radzieckiej we Wschodniej Białorusi. Dla sowietów, jak jest wiadomo, ludzie żyjący dostatnio postrzegani byli jako wrogowie ludu, a narodowość polska automatycznie służyła za powód do podejrzenia w stosunkach z obcymi wywiadami. Rodzinie mojej matki poszczęściło się z tej przyczyny, że przed bolszewikami gospodarstwo Stefanowiczów rozdzielone zostało między ojcem mojej matki i jego braćmi i dzięki temu ominęło ich piętno „kułaków”. Mimo to cały majątek odebrano na rzecz kołchozu, rodzina została wysiedlona i została, jak i wiele innych, bez żadnych środków do życia. Dopóki była możliwość, dzieci uczyły się w polskich klasach, nawet moja matka poszła do 1 klasy w polskiej szkole. Ale na początku lat 30. takie szkoły zostały w Mińsku zamknięte i polskość stała się bardzo niebezpieczna. W wydawanych kartach rejestracyjnych i metrykach w latach 30. wszystkim Polakom polską narodowość zmieniono na białoruską, nie uwzględniając żadnych sprzeciwów. O wpisaniu polskiej narodowości do dokumenty wtedy nawet mowy nie było. Zdaniem ówczesnych władz, lidzie nazywające siebie Polakami, „mylili się”. Minęło wiele lat, dużo się zmieniło... Już nie ma moich drogich dziadków i rodziców. Ale polskość, która zachowała się w naszej rodzinie, nie umarła dzięki szanowaniu języka polskiego, kultury, zwyczajów. Pamiętam, jak w dzieciństwie przyjeżdżaliśmy do babci i przy stole rodzina śpiewała różne dawne polskie piosenki – i wesołe, i smutne. Na żal większość z nich już zapomniałem, do dziś jednak w pamięci pozostały wiersze: „O, drogie synu! Ty nie masz ojca, Zginął on między falami. Tylko na niebie ta Święta Trójca Czuwa, ach czuwa nad nami!” Bardzo mnie dziwiło wówczas, że ludzie śpiewają w jakimś obcym języku, który nie zawsze był dla mnie zrozumiały. Pamiętam, jak babcia tłumaczyła mi, że jesteśmy Polakami i dlatego powinniśmy szanować wszystko polskie. Moja babcia uczyła mnie czytać po polsku, uczyć się wierszy, modlitw, piosenek. Głęboko w pamięci pozostały mi jej słowa, że język polski mimo wszystko jest najbardziej melodyjny w świecie, choć wtenczas tego nie rozumiałem. Do końca swoich dni moja matka uważała się za Polkę i pamiętam, jak przed śmiercią prosiła, aby jej pogrzeb i nabożeństwo odbyły się w obrządku katolickim i po polsku, co zrobiliśmy. Być może dzięki wszystkiemu, o czym piszę teraz, polskość trwa w nas do dziś. Pamiętam, jak po raz pierwszy zwiedziłem Polskę. W tamte dalekie problemowe lata 80. ludzie zwyczajnie jechali do Polski, aby coś z korzyścią sprzedać, ale ja jechałem na podobną wycieczkę handlową, aby przede wszystkim dotknąć „polskości”, znaleźć się pomiędzy rodakami, zaczerpnąć polskiego powietrza. Wrażenie, jak pamiętam, było mocne. To, co najważniejsze – nie odczułem, że znalazłem się w obcym kraju. Wszystko było rodzinne, rozmowa zupełnie zrozumiała, mogłem o wszystko zapytać, wytłumaczyć, choć nigdy nie uczyłem języka polskiego w szkole. Pamiętam, jak w nocy nie mogłem zasnąć od wrażeń, wyglądałem przez okno, aby zapamiętać polską przyrodę. Jak zrozumiałem później, to był przejaw mojego wychowania z dzieciństwa i mojej polskiej krwi. Od tej pory nie raz byłem w Polsce. Ostatnie wyjazdy były związane głównie z obowiązkami służbowymi. Za każdym razem moi polscy koledzy dziwili się z mojej znajomości języka polskiego, interesowali się moim pochodzeniem. Szczerze mówiąc, często było mi przykro, że nie mogłem dokładnie odpowiedzieć na wiele z zadawanych pytań dotyczących moich korzeni. Nieraz mnie pytano, dlaczego nie korzystam z ulg, które Rząd RP zapewnia Polakom mieszkającym za granicą. Nie wiedziałem wtedy, że by otrzymania podobne ulgi, należy spełnić warunki. Dowiedziałem się o istnieniu Karty Polaka wydawanej przez Ambasadę Polski. Zacząłem się ubiegać o ten dokument. Początkowo spróbowałem znaleźć metrykalne dokumenty matki lub dziadków. Ale... Jak okazało się ta sprawa jest zupełnie niemożliwa. We wszystkich archiwach Mińska dostawałem odpowiedź, że dawne dokumenty zostały zniszczone w czasie wojny. Nawet nie pozostało kościelnych dokumentów. Ot masz tobie! Do niedawna nie liczyłem na sukces w toku zbierania dowodów mojej przynależności do narodu polskiego. Ale rok temu pojawiła się niewielka nadzieja. W państwowym archiwum historycznym w Mińsku znalazłem dawny dokument początku XX w.: „Spisy Mińskiego Zebrania Gubernialnego do wyborów w ziemskie kierownictwo”, gdzie są zapisani bracia mojego prapradziadka Zygmunta – Józef i Antoni Ansilewscy, jest podana ich polska narodowość i wyznanie rzymskokatolickie. Uważając to za wielkie powodzenie, zwróciłem się 10 października 2008r. do Ambasady RP z tym dokumentem. Ale Pan Konsul po naszej rozmowie tylko rozłożył ręce. Jak mi powiedział: „Wierzę, że Pan jest prawdziwym Polakiem, ale muszę pracować zgodnie z surową instrukcją!” A w ustawie o Karcie Polaka jest jasno zapisane, że dokument otrzymuje ten, kto wykaże, że co najmniej jedno z rodziców lub dziadków, albo dwoje pradziadków było narodowości polskiej. Przedstawione w jakości dowodów dawne zdjęcia z archiwum rodzinnego babci, gdzie na odwrotnej stronie napisano po polsku, jak również argumenty, że na grobach przodków na Cmentarzu Kalwaryjskim są też polskie napisy, nawet nie były przyjęte do rozpatrzenia. Zdziwiło mnie również, że Pan Konsul absolutnie nie przyjął do uwagi moje liczne publikacje w „Głosie znad Niemna”, poświęcone problematyce „polskości” na Białorusi, mój aktywny udział w mińskiej organizacji „Polonia” z początku lat 90., przelew pieniężny w pomoc polskim powodzianom... Po odwiedzeniu Konsulatu RP poczułem się ubliżony. Przykro było uświadamiać sobie swoją niepotrzebność dla Polski. Odniosłem wrażenie, że sam zawiniłem, ale winnym byłem jak ta rzeka, do której wylano pomyje. Taka niesprawiedliwość zmusiła mnie do zwrotu do Rządu Polski. W grudniu wysłałem wszystkie zebrane dokumenty do Rady Ministrów Polski na imię przewodniczącego Rady ds. Polaków na Wschodzie mgr Artura Kozłowskiego. Czekałem na odpowiedź około miesiąca. Ale jakie było rozczarowanie, gdy przyniesiono mi z Warszawy list, w którym zawiadomiono mnie o zwrocie moich dokumentów do Ambasady RP w Mińsku w celu powtórnego rozpatrzenia. Nietrudno było dojść do przekonania, że biurokracja w Polsce, jak i u nas, cieszy się wielkim powodzeniem! Reakcja ze strony Ambasady RP nie zmusiła długo czekać. Zadzwoniła do mnie pracownica wydziału konsularnego i wytłumaczyła, że z uwagą odniosła się do podanych dokumentów, ale jest w nich jednak niewystarczająco danych do uzyskania Karty Polaka. Poradziła, aby nie było znowu problemów, gdy przyjdę do Ambasady RP, skontaktować się ze Związkiem Polaków na Białorusi w celu wstąpienia do tej organizacji. Po tej rozmowie zadzwoniłem do informacji telefonicznej, gdzie podano mi numer telefonu do siedziby ZPB i zadzwoniłem tam. Wypowiedziałem swoje pragnienie członkowstwa w tej organizacji, nie taiłem, dlaczego to członkostwo jest mi potrzebne. Zaproszono mnie na wstępną rozmowę i poproszono o przedstawienie swojego życiorysu. Rozmowa z prezesem Czesławem Mulicą była bardzo uprzejma. Moja dobra znajomość języka polskiego, ciekawa karta mojej rodziny, poprzedni udział w pracy „Polonii”, uczestniczenie w różnych przedsięwzięciach (powitanie Krzysztofa Zanussiego w Mińsku i premiery jego filmu, udział w jubileuszu i odsłonięciu pomnika Adama Mickiewicza, polskich lekturach literackich, koncertach i in.) spotkały się z wielką aprobatą i wkrótce byłem pełnoprawnym członkiem Związku, wydano mi legitymację członkowską Oddziału ZPB w Mińsku. W wyznaczonym terminie 17 marca 2009r. przybyłem do wydziału konsularnego. Ale po pierwszej reakcji ze strony Pana Konsula zacząłem podejrzewać coś niedobrego. Tak i wyszło. Okazało się, że Związek, do którego wstąpiłem, nie jest legitymy wobec Polski, a istnieje jeszcze jeden Związek Polaków na Białorusi, który uznaje strona polska, ale on nie jest legitymy w naszym kraju. Ot tobie masz! Nie życząc sobie tego, okazałem się pomiędzy politycznym młotem a kowadłem! Choćby uprzedzili mnie o takiej sytuacji! Po takich perypetiach odechciało mi się kontynuować tę sprawę, ponieważ to jest podobnie do zbierania dokumentów, że „nie jestem wielbłądem”! Nic nie pozostaje, jak stopniowo utwierdzić się w przekonaniu, że moi przodkowie „mylili się” przez całe życie, uważając siebie za Polaków. Moja poniewierka w drodze ubiegania się o Kartę Polaka doprowadziła mnie do wniosku, że warunki otrzymania Karty Polaka, które są zatwierdzone przez Rządem Polski, mogą spełnić tylko „paszportowi” Polacy z Białorusi Zachodniej. Dyskryminują one natomiast ludzi pochodzenia polskiego ze wschodniej części kraju, bo otrzymanie dowodów o swoich polskich korzeniach dla tych ludzi jest sprawą niemożliwą. Jeśli do rewolucji październikowej polska narodowość prawie nigdzie się nie podawała w dokumentach, to potem bolszewicy zmienili Polakom polską narodowość na białoruską. Polskość w „radzieckiej” części Białorusi została całkowicie zniszczona i jeśli ktoś tu znajdzie „paszportowego” Polaka, to chodzi tylko o przyjezdnych z Zachodu. Otrzymuje się taka sytuacja, że Polska strona, być może nieświadomie, sztucznie popiera tę niesprawiedliwość i błąd historyczny, początek którym położyli bolszewicy. Moim zdaniem, wobec Polaków z dalekich Kresów powinny być inne wymagania i kryteria do uzyskania Karty Polaka. W tej sprawie dziwi mnie to, że wydział konsularny Ambasady RP w Mińsku; oprócz metrykalnych danych, zupełnie nie bierze pod uwagę osobistych zasług osób polskiego pochodzenia i wysiłków jakie podejmowali w celu odrodzenia i propagowania polskości, szanowania polskiej kultury i tradycji przodków, chociaż w oderwaniu się od ojczystego kraju to robić jest bardzo trudno. Praca wydziału konsularnego jest bardzo prymitywna i sprowadza się tylko do zbierania papierów mieszkańców Zachodniej Białorusi, to znaczy, że idzie po linii najmniejszego oporu. Wydział nie chce zajmować się bardziej trudną sprawą - poszukiwaniem nie „paszportowych” Polaków, których często z Polską nic nie łączy oprócz wpisania narodowości w dokumentach, a prawdziwych. Składa się wrażenie, że polska strona ma ujemny stosunek do ludzi z Kresów Wschodnich, depcząc nieliczne kiełki „polskości” na Wschodzie. Chciałbym jeszcze raz zwrócić uwagę, że w warunkach otrzymania Karty Polaka (rosyjskojęzyczny wariant) jest podane, że w niektórych wypadkach konsul może podjąć decyzję o wydaniu Karty Polaka za zaangażowanie na rzecz języka i kultury polskiej nawet bez rozpatrzenia niezbędnych dokumentów. Jak w tej sytuacji spodobać się Panu Konsulowi? Być może zdać krew dla polskich chorych, albo ofiarować nerkę? Powstaje też uzasadnione pytanie, dlaczego istnieje w Rządzie Polski Rada ds. Polaków na Wschodzie, która w ogóle nie uważa za potrzebę zajmowanie się takimi „drobiazgami”! Obecnie mój stosunek do Karty Polaka uległ zmianom. Teraz jest mi obojętne, jaką decyzję podejmie wydział konsularny. Nie uważam za wielką tragedię stanie w kolejkach w celu otrzymania wizy do Polski, płacić pieniądze dla dobra ojczyzny. Ale nie jest mi obojętna opinia narodu polskiego, mieszkającego tak na Białorusi jak i w Polsce. Bardzo mnie ciekawi, jakie zdanie wyrobi się wśród Polaków po zapoznaniu się z następującymi faktami, których zabrakło wydziałowi konsularnego RP: * Na starych zdjęciach moich przodków można znaleźć dawne napisy polskie; Spodziewam się, że mój list przekazuje moje myśli i uczucia. Chciałbym podkreślić, że moje dążenie do otrzymania Karty Polaka nie oznacza jakichś prób uzyskania obywatelstwa albo pretensji do zamieszkania w Polsce. Mam dobre warunki życia w Mińsku, doskonałą pracę, mój poziom życiowy jest powyżej średniego. Ale nie chcę być nieszczerym - dlaczego nie mogę korzystać z ulg Karty Polaka, jeśli mam do tego prawo! Proszę wybaczyć za moją zbytnią emocjonalność! Mikołaj Chilkiewicz |
| « poprzedni artykuł | następny artykuł » |
|---|
|
| Menu główne | |||
|---|---|---|---|
|
| Radio grodzieńskie | |||
|---|---|---|---|
|
| Zakaz | ||||
|---|---|---|---|---|
|
| Serwis Informacyjny | ||||||||
|---|---|---|---|---|---|---|---|---|
|
| Informacja | ||||
|---|---|---|---|---|
|
| Sondy |
|---|
| Zamów biuletyn |
|---|
|
Bądź zawsze na bieżąco dzięki naszemu newsletterowi! |