Piękny i smutny listopad PDF Drukuj Email
Autor: Maria KUROWSKA   
25.12.2006.

Wybrany obrazWspomnienia przeplatane radością i zadumą

Lecą liście z drzewa, co wyrosły wolne,
Nad mogiłą śpiewa jakieś ptasie polne.
Nie było, nie było, Polsko, szczęścia tobie,
Wszystko poginęło i twa dziatwa w grobie.
Przyszły wichry, burze Polskę rozszarpały,
I po całym świecie dziatwę rożegnały,
O! Ziemia Lechicka, ziemio ukochana,
Pracą i miłością, leczymy twe rany.

Drodzy redaktorzy „Głosu znad Niemna”, nie znam Państwa osobiście, ale bardzo szanuję za ten głos kultury. Jakby antena, z której rozlega się głos po wszystkich polskich domach i naszym kraju. Chciałam Wam złożyć życzenia w dniu Święta Niepodległości, ale brak zdrowia mi przeszkodził.

 

Pierwsze powstanie listopadowe zorganizowane zostało przez majora Waleriana Łukusińskiego, który spędził w więzieniu 47 lat za „Mikołaja”. Był 1794r., gdy wyszedł z więzienia, które było to 3 czy 4 piętra pod ziemią. Rafał Krajewski z przywódcą powstania styczniowego Trauguttem 5 sierpnia 1864r., mając 29 lat, był powieszony. Przeddzień egzekucji przyszli do więzienia żandarmi, aby podał listę winowajców, lecz on w odpowiedzi napisał takie słowa:
I odpuść nam nasze winy, jako i my
                                     winowajcom.
Bracia, my w zbożną godzinę odpuścimy
                     nieprzyjaciołom-zdrajcom,
Wołajmy, przebacz nam Panie, w pełnej
                                 ufności i wierze.
A sprawa w nas powstanie i nowi
                                  wstaną rycerze.
Krew nasza lała się marnie, Bóg
                    nie wsparł w walce oręża.
Więc nowe rzucajmy ziarna w tę miłość,
                              co świat zwycięża.
Zbierajmy znane imiona, upadłym
                                   podajmy rękę,
Zło wtedy na zawsze skona, gdy padnie
                                  na Bożą Mękę.
Upadłej sprawie, Ojczyźnie, zostawmy
                             posiew przyszłości.
Gdyby krwi zabrakło w spuściźnie,
               na posiew oddajmy swe kości.
Siew dla przyszłości rozpleni, kto
                  szubienicę w Krzyż zmieni.
I gdy weszli do niego w ostatnią godzinę, by go przygotować na śmierć ojciec kapucyn, żandarmi i żołnierze zapytali o ostatnie słowo, odpowiedział wówczas, że nie ma nic do powiedzenia, ale wreszcie po chwili powiedział: “Owszem mam, chcę pana pocałować i w panu pocałować całą Rosję i prosić będę u Boga o pojednanie naszych państw. Jesteśmy sąsiadami. Poniesiemy akt oskarżenia przeciw niesprawiedliwości, nie będziemy prosili o karę, ale o miłość i pojednanie dla obu państw, które nas obraziły i skrzywdziły”. Wszyscy się rozpłakali na tę scenę. Opowiadał to naoczny świadek o. kapucyn, który go przygotował na śmierć. A przecież to jest gest, który znamy z dziejów naszych pierwszych męczenników, oni wylewali swoją krew w obronie Ojczyzny, a jednak przebaczali tym, którzy ich zabijali, bo do szczęśliwej przyszłości nie ma innej drogi.
A my dziś przed Panią Fatimską
Skłaniamy głowy swe, że Rosję
                                       zwyciężyła
Pełnią się słowa te
Powstały z ruin kościoły i krzyże
                                      wszędzie są.
Niech żyje wolna Polska z “Głosem znad
                                           Niemna”,
kościelne dzwony brzmią.
Daleko sięgnęłam w przeszłość naszej
                                          Ojczyzny
i te lata z wiatrem szybko uleciały,
ale boleść w sercu do dziś pozostała.
Po dziadkach, pradziadkach, co tu
                                      kiedyś żyli.
Co tę drogą ziemię krwią swoją skropili.
Gdzie są te kurhany, te smutne mogiły,
Które swych obrońców od dawna
                                        przykryły.
Bóg przyjął ofiarę dalekiej przeszłości.
I wydał plon stokrotny z żołnierskiej krwi i kości.
Powstali nowi rycerze, co Polskę kochali,
A nad ziemią wolną znów fruwał
                                     Orzeł Biały.
Matki do serc swoich synów swych tuliły,
Cichą piosenkę na dobranoc im nuciły.
Rośnij synku, już ucichły pożogi i wojny.
Bóg powrócił nam Ojczyznę, rośnij
                                         spokojnie.
Kochaj Boga i Ojczyznę, jak matkę
                                          rodzoną,
A gdy znów usłyszysz strzały, staniesz
                                    w jej obronie.
Zapamiętaj moje słowa:
Jeśli nas znów oszuka chytry wróg,
My się nigdy nie poddamy,
Jeśli wiara w sercu, w piersiach - duch,
Obronicie kraj kochany.
Prosty wybór, wybierz Polskę,
niech usłyszy o tym cały świat.
Bo Ojczyzna naszym wspólnym domem.
Po kolejne wspólne 1000 lat.
I rośli chłopcy spokojnie,
                             już mieli 18-19 lat.
Gdy w 1939r. usłyszały straszne słowo,
                          “wojna”, na cały świat.
I poszli synowie, bracia, kochani
                                    w daleki świat.
Każdego gdzieś zaniósł wiatr.
Jednych na Sybir, w tę straszną śnieżną
                                                     dal,
Drudzy byli szczęśliwi, słyszeli szum
                                          Wisły fal.
Płaczą niebieskie oczka po ukochanych
                                                swych,
Czy kiedy znów powrócą, aby uścisnąć
                                                     ich.
Lecz oni już nie wrócą, oddali życie swe,
Za wolność, za Ojczyznę młodzieńcze
                                         życie swe.
Łzy gorące z oczu matki się polały, kiedy
                                        się żegnali.
Bo jednego syna tylko sobie miała.
Krzyżyk na pożegnanie na czole mu
                                           zrobiła.
I tak Woli Bożej jego poleciła.
Syn ze łzami mówi: Nie płacz,
                                    mamo droga,
Powrócę, na piersiach będę miał krzyż
                      waleczny i złotą ostrogę.
Nie każda kula na wojnie popadnie
                                      w żołnierza,
A ta, która trafi, nie w serce uderzy.
Żadnej wiadomości o synu nie miała.
I słówka żadnego o nim nie słyszała.
Śmierć wzięła w objęcia i ucałowała
Zamiast krzyża walecznego,
strzała w serce popadła.
Butów nie miał i miał nawet bosą nogę.
Krzyż waleczny da Bóg w niebiosach
                                  i złotą ostrogę.
Od tego właśnie zaczynam historię o nieznanych żołnierzach, którzy spoczywają w ziemi Pohorodna. Gdy miałam 13 lat, stałam przy zwłokach nieznanego żołnierza. Każdy, kto jedzie przez Pohorodno, zauważy pomnik, przy którym rosną 3 brzózki na pamiątkę dziewczynek, które zostały w naszej pamięci i poniosły śmierć bez winy. Te brzózki, jakby dziewczyny w białych sukienkach z zielonymi wiankami na głowach, marzą o tym, że wojna się skończyła i spotkają swych ukochanych. Lecz to było później, a naprzeciw tego pomnika pewnego poranka rozdały się strzały. Trwało to przez parę godzin. Mieszkałem w odległości 2 kilometrów od tego miejsca i nie mogliśmy zorientować się, co to jest. Gdy ucichły strzały, pobiegłam tam. Stał tam spalony czołg, a po drugiej stronie szosy rosło bardzo ładne żyto i już dojrzewały kłosy. Zobaczyłam, że leżał tam martwy żołnierz. Był to młody przystojny żołnierzyk, miał czarne włosy. Leżał twarzą do góry równo wyprostowany. Lewa ręka była cała zalana krwią, widocznie kula trafiła go w serce. Prawą ręką widocznie w ostatniej chwili uchwycił garść żyta, które pozostało w jego zastygłej dłoni. Było południe i słońce paliło jego przystojną twarz. Stałam przy nim długo, nie widziałam co robić, nie miałam nawet czym przykryć jego twarzy. Wokół panowała grobowa cisza, nie było ani żywej duszy. Nie mogłam zostawić go samego, ale nie mogłam mu pomóc. Może moje serce już wtenczas czuło, że w przyszłości będę tak stała nad ciałem swego jedynego syna, który umarł w cudzej stronie bez żadnej pomocy. Bardzo trudno pisać o tym, ale muszę dokończyć. Szanowałam żołnierzy i kochałam ich, bo to obrońcy naszej Ojczyzny. Nie wiem, kto przeniósł tamtego żołnierza na drugą stronę szosy, gdzie teraz pobudowane są wille, była mała mogiłka, którą zaorały traktory.
W krótkim czasie przyprowadzono do naszej wsi 3 oficerów i 2 jeńców - też żołnierzy. Był to ciepły letni wieczór i słońce miało się już ku zachodowi. Od razu pognali ich w stronę Wojkuńców. Za rzeką, gdzie teraz stoi dom Jana Hajdula w Łopaciszkach, było płocisko okropne. Dali im łopatę, aby wykopali sobie grób. Młodzi, strojni w mundurach wojskowych, zachodzące słońce... Strzały słyszeliśmy. Zaśpiewaliśmy im taką piosenkę, jaką niegdyś śpiewały mamy nad ich kolebką na dobranoc. O Jezu, jak im chciało się żyć w samym rozkwicie lat.
Znaleziono też mogiły około wsi Grubiańce, tam też były bagna, tylko nikt o nich nigdy nie wspominał. Jednego żołnierza porąbano i kawałkami złożono do worka i pochowano tam w Łopaciszkach, gdzie gospodarze dawniej na zimę zakopywali kartofle. Jakie to straszne wspomnienia. Chciałam obronić życie jednego żołnierza, przyłożono mi pistolet do piersi, ale jakimś cudem ocalałam, bo pistolet nie wystrzelił i uciekłam przez okno. Żyłam od tej pory pod ciągłym strachem. Dziś już mi nic nie grozi, gdyż stoję na ostatnim odcinku mego życia. Gdy przychodzi listopad, zapalają się światełka na grobach i wspominają zmarłych za pół wieku, zapalą znicze na ich mogiłach. Może jeszcze ktoś żyje i przeczyta te słowa z gazety, niech napisze do mnie, to wszystko dokładnie opowiem.
Tam na cmentarzu, przy mogiłkach,
Klęczy dziewczynka, przy tym
                                 pomniku klęczy,
Ach klęczy i rzewnie płacze,
Kogo kochałam, już nie zobaczę.
Przychodzi do niej młody młodzieniec,
Dla kogo składasz, dziewczynko, ten
                                            wieniec?
Czy to twój ojciec zszedł z tego świata?
Czy ci na wojnie zabili brata?
Ani mi ojciec zszedł z tego świata,
Ani mi na wojnie zabili brata.
Jaś za Ojczyznę leży w tym grobie.
Ja jego pomnik wieńcem ozdobię.
Czy to dla panienek tak należy?
Czy to na świecie brak jest młodzieży?
Jeszcze na świecie dużo młodzieży.
Ja tego kocham, co w grobie leży.
Horodno był to bardzo piękny i słynny majątek. Żył tu generał Kondratowicz ze swoją żoną Adą i córką Weroniką. Żona jego pochodziła z Francji. Stał tu śliczny pałac, a przy nim kapliczka, w której panna Weronika pomimo tego, że była córką generała, codziennie modliła się przeważnie w maju i październiku ze swymi sługami. Schodzili się tu ludzie z bliższych okolic. Przyjeżdżał ks. Sykstus Hanusowski, proboszcz z Ossowa. Pani generałowa była bardzo dobra dla swych sług i wokół pałacu i kapliczki było zawsze pełno ludzi i dzieci, a ona tuliła do siebie każdego. Pan generał zmarł z odniesionych ran. Leżał w domu, nie mógł rozmawiać, ale bardzo pragnął pojednać się z Bogiem przed śmiercią i, o dziwo, gdy przyjechał batiuszka, bo był prawosławny, od razu odzyskał mowę i spowiadał się w ciągu 2 godzin. Po spowiedzi zmarł. Był rok 1935, pogrzebano go w Lidzie. Przed wybuchem wojny w 1938r. Weronika wyjechała z mężem do Anglii, a pani Ada z trudem zdążyła później przekroczyć granicę Polski i też udała się do Anglii.
Mijały lata, wszystko się zmieniło, pałac został spalony, a kapliczka zburzona i przerobiona na magazyn, gdzie przechowywano kartofle, buraki i inne rzeczy, aż wreszcie pozostały po niej tylko kawałki ścian i stały, jak nagie ramiona, w środku potężne drzewa.
Ludność miejscowa płakała patrząc na to miejsce, gdzie był Przenajświętszy Sakrament, a w ołtarzu stała figura Pana Jezusa w cierniowej koronie. Przez 40 lat przechowywał ją na strychu swego domu Kazimierz Kowza z Łopaciszek. Uratował ją od zniszczenia i zachował do czasu, aż ksiądz biskup Aleksander Kaszkiewicz polecił naszemu czcigodnemu proboszczowi ks. Janowi Pieciunowi odnowić tę kapliczkę. I znów spod cierniowej korony spogląda na lud modlący tak mile i łaskawie, jak gdyby mówił: “Ludu mój, już znów cię błogosławię”.
O, dobry Jezu i Czarna Madonno, co jesteś ze Swym Synem tu w tym ołtarzu, prosimy Ciebie za tak wielki skarb, że mamy tak blisko Jezusa, naszego wielebnego ks. biskupa Aleksandra Kaszkiewicza i drogiego proboszcza Jana Pieciuna, zdrowiem, szacunkiem i długimi latami oraz wszelkimi swymi łaskami, Panno Fatimska, ich obdarzaj.
Tu chciałam zakończyć opowieść o pani Weronice, o losach jej i jej mamy. Pani Ada, jak i Weronika, zmarła w Anglii, gdzie zostały pogrzebane, ale parę lat temu przyjeżdżali na Białoruś jej synowie i przywieźli tu szczątki Weroniki. Jest pogrzebana obok altany, gdzie często pływała na łódce. Bardzo mnie boli, że na jej grobie też nikt nie zapali światełka i nie odmówi Anioł Pański. Szczątki jej ojca parę lat temu też przywieziono z Lidy, pogrzebany jest w Werenowie obok cerkwi.

Maria KUROWSKA,
Adres autorki jest znany redakcji

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »