Po niedzielnej mszy św. w polskim kościele pw. Matki Bożej Królowej Polski w Lancaster spotkałem się tam z naszymi rodakami. Moim rozmówcą był pan Marian Przewoźniak - prezes Stowarzyszenia Polskim Kombatantów.
W Lancaster mieszkało po wojnie 350 polskich rodzin – opowiadał mi Pan Prezes. Wiele z nich potem wyjechało do Londynu oraz USA. Dziś jest nas tu już tylko 60 rodzin. Liczba ta jednak powoli się zwiększa, bo od maja br. przyjeżdżają tu nasi nowi rodacy z kraju.
Dawniej w Lancaster nie było żadnego polskiego klubu. Spotykaliśmy się w drewnianym baraku, należącym do dyrektora firmy Lech. Tam była nasza kaplica i polskie nabożeństwa oraz sala zebrań i zabaw.
Potem przenieśliśmy się do zamku. Korzystaliśmy w nim z sali, którą udostępnili nam Anglicy. Tam koncentrowało się polskie życie, tam działała też polska szkoła, w której uczyło się nawet do stu dzieci w wieku od 5 do 14 lat. W latach następnych nabożeństwa polskie odprawiane były w pobliskiej katedrze, a na zebrania organizacyjne wynajmowaliśmy salę na mieście.
Dziś jesteśmy już u siebie. Dwadzieścia pięć lat temu zdecydowaliśmy się na zakup ośrodka metodystycznego. Prace przy jego adaptacji trwały blisko pięć lat. Znaczącą rolę w zorganizowaniu tego obiektu odegrał nasz ówczesny duszpasterz ks. Góra. Potem wszyscy Polacy z Lancaster pracowali społecznie przy jego przebudowie. Praktycznie prawie wszystko zrobiliśmy tu sami, zarówno przy kościele, jak i przy klubie, nazywanym dziś Polskim Centrum. Każdy więc robił to, co sam najlepiej potrafił. Sami wykonaliśmy nawet ogrzewanie.
W tym roku obchodzimy jubileusz – 20-lecie poświęcenia naszego ośrodka. Możemy teraz z niego korzystać zawsze, kiedy tylko chcemy. Są oczywiście i problemy z tym związane. Jego utrzymanie jest bardzo kosztowne. Nie da się tego zrobić z naszych skromnych składek członkowskich, z funta tygodniowo, którego płacą wszyscy należący do naszej parafii. Musimy dorabiać. Zapraszamy więc gości na nasze imprezy, obiady i loterie. Wynajmujemy też czasem sale.
Dziś do SPK, któremu od lat przewodniczę, należy trzydziestu członków. Wszyscy też oni są aktywnymi parafianami. Prezes parafii jest np. sekretarzem SPK, a moja żona sekretarką parafii i SPK. Z zadowoleniem też obserwujemy obecnie, że na polskie nabożeństwa przychodzi coraz więcej rodaków. Myśleliśmy, że nowi Polacy, którzy tu przyjeżdżają szybko włączą się również w prace społeczną. Myśleliśmy, że będzie wreszcie komu przekazać nasze stanowiska i obowiązki społeczne. Oni przecież, a nie my, są przyszłością tutejszej Polonii.
Pan Marian Przewoźniak pochodzi z poznańskiego, skąd w roku 1943 został wysiedlony do Austrii. Jego matka nie zgodziła się na przyjęcie obywatelstwa niemieckiego. Za odmowę jego podpisania została wywieziona z rodziną na przymusowe roboty. Koniec wojny zastał Pana Mariana w wojsku polskim we Włoszech, skąd trafił do Anglii – najpierw do obozu przejściowego, a potem do pracy w cywilu. Był też zawsze niezmiernie aktywny w życiu społecznym polskiej emigracji. Do dziś zresztą można go spotkać w Polskim Centrum i na polskich nabożeństwach. Nadal też jest bardzo zaangażowany w swoją pracę na rzecz Polonii w Lancaster.
*****
Zaraz po II wojnie światowej mieszkało w Blackpool ponad 17 tys. Polaków. Dziś jest nas tu zdecydowanie mniej. Naszą liczbę oceniamy na ponad 1500 - żyjących w mieście i okolicy – opowiadał mi Pan Jan Martens w blackpoolskiej salce parafialnej, zaraz po niedzielnej polskiej mszy św. w Sacred Heard. Wielu naszych rodaków nie ujawnia obecnie swego polskiego pochodzenia. Młodsza generacja ma już swoje rodziny, nasze pokolenie jest już od lat dziadkami.
Polacy mieszkali w Blackpool od czasów II wojny światowej. Nikt jednak dokładnie nie może powiedzieć ilu. Najwięcej było zawsze wśród nas lotników. Ja sam też byłem jednym z nich. Jeśli ktoś z nas otrzymał przeniesienie do innego dywizjonu, to musiał się zawsze meldować w Blackpool, który przez lata był bazą lotnictwa polskiego w Wielkiej Brytanii.
Zanim się tu zorganizowaliśmy zbieraliśmy się wcześniej w prywatnym domu u kolegi Iwanowicza oraz u innych. Nie były to wówczas zbyt komfortowe warunki na prowadzenie życia towarzyskiego. Postanowiliśmy więc założyć własny klub. Wybraliśmy szybko odpowiedni budynek i za pożyczone z Londynu pieniądze nabyliśmy go. Nasze Stowarzyszenie Lotników Polskich stało się formalnym jego właścicielem.
Polski Klub został szybko jednym z najlepszych w Blackpool. Należeli do niego głównie nasi byli lotnicy oraz ponad 1700 Anglików. Ludzie ci, chcąc należeć do naszego klubu, musieli wcześniej przejść rozmowę kwalifikacyjną.
Polski Klub miał bardzo wysoką renomę w tutejszym środowisku. U nas była też najlepsza restauracja w całym mieście. Wszyscy artyści, którzy koncertowali w tutejszej operze, przychodzili tam wieczorem na kolację. W naszym klubie jadali też zawsze obiady angielscy dowódcy wojskowi, którzy wcześniej odbierali tu okolicznościowe defilady. Oni nazywali ten klub Gentelman’s Club. W naszym klubie można było podać jednocześnie posiłki dla 200-300 gości.
Przy Klubie Polskim istniały też liczne sekcje. Działała tu sobotnia szkoła języka polskiego, spotykali się harcerze i odprawiane były polskie nabożeństwa. W klubie organizowaliśmy też okolicznościowe akademie i wieczorki taneczne. Tam było nasze centrum życia polonijnego.
Dziś Klubu Polskiego już tam nie ma. Budynek sprzedano. Zachowała się jedynie tablica upamiętniająca pobyt polskiego lotnictwa w Blackpool w czasie II wojny światowej oraz orzeł na ścianie dawnego klubu. Podobna tablica, też wykonana w Polsce, jest dziś również w kościele Sacred Heard.
Ostatnio do Blackpool zaczynają przyjeżdżać nasi nowi rodacy. Jest więc nadzieja, że tradycje polskie tam szybko nie zaginą.




