Niedziela, 20 Maja 2012

Ostatnia aktualizacja:08:34:41 AM GMT

Jesteś tutaj: Polacy na Białorusi Kultura Warto przeczytać „Notatnik z Grodzieńskiego Getta”

Warto przeczytać „Notatnik z Grodzieńskiego Getta”

Email Drukuj PDF
Warto przeczytać „Notatnik z Grodzieńskiego Getta”

Grodno jest jednym z najpiękniejszych miast Białorusi. Jest także miastem wielonarodowym. Mieszkają tu Białorusini, Rosjanie, Polacy, Żydzi i inne narodowości.
Właśnie rodziny żydowskie najbardziej ucierpiały podczas okupacji Grodna przez hitlerowców w czasie II wojny światowej. O ich tragicznych losach opowiada wydana w tym roku książka autorstwa ks. Józefa Makarczyka pt. „Notatnik z Grodzieńskiego Getta”, której prezentacja odbyła się 10 października br. w Grodzieńskim Muzeum Historii Religii. Materiał podany w książce w czterech językach: białoruskim, polskim, rosyjskim i angielskim. Na prezentacji byli obecni przedstawiciele władz miejskich i obwodowych, naukowcy, historycy, osoby duchowne, miłośnicy historii oraz zaproszone rodziny żydowskie.
„Ci ludzie-to są najbardziej kosztowne perły naszego miasta” - tymi słowami rozpoczął prezentacje książki ks. Józef Makarczyk. A tymi perłami są Grzegorz Hossida, który nie jeden rok przebywał w grodzieńskim getcie oraz Zachariasz Tarasiewicz, który będąc dzieckiem trafił do niemieckiego obozu koncentracyjnego.
Grzegorz Hossida urodził się i mieszkał w Grodnie. Był świadkiem wydarzeń, które miały miejsce w czerwcu 1941r., kiedy hitlerowcy zajęli miasto i pierwszym z tych, kto odczuł okrucieństwo i nieludzki stosunek wobec rodzin żydowskich. Grzegorz Hossida opowiedział o tych wydarzeniach na prezentacji: „Tego nigdy nie zapomnę. Pracowałem na kolei i musiałem nosić ciężkie opakowania z żelazem. Należało je nie tylko nosić, ale z nimi biegać. Skóra na rękach pękała, rozumiecie! A hitlerowcy nas bili i śmiali się z nas. … Zabroniono Żydom poruszać się po chodnikach. Mogliśmy chodzić pojedynczo tylko i wyłącznie po lewej stronie jezdni. Jeżeli ktoś nie podporządkowywał się zakazowi, czekała go śmierć”.
„Notatnik” jest swoistym odbiciem tragedii i bólu bezwinnie więzionych i zamordowanych ludzi. Jest historią Grodna. Zmusza do refleksji, do zastanowienia się nad własnym sensem życia i losem innych ludzi, nad ich bólem i cierpieniem.
Ponieważ Bóg dał tym ludziom szansę na życie, to znaczy, że Bóg żyje w nich. Musimy być dumni, że są wśród nas. Są naszą historią i historią swego narodu.
Jolanta DANIJAROWA

Fragmenty
Znalazcą pamiętnika w ruinach getta w Grodnie był jeden z ojców franciszkanów.
Prezentowany tutaj „Notatnik” przypadkowo znalazł O. Tytus Strzelewicz, gdy chodził po ruinach getta w Grodnie. Z gruzów wciągnął także dwie płyty z nagraniami żydowskich tekstów religijnych, które śpiewali sławni kantorzy żydowscy.
Znaleziony „Notatnik” miał wymiary 10,3 x 6,5 cm, był oprawiony w płótno introligatorskie. Do niego dołączono czarny ołówek o długości 5 cm. Na notesie był wyciśnięty napis w języku rosyjskim: Записная. Zeszyt zawierał 46 kartek, z zapisanymi 28 stronami. Notatki były pisane na jednej stronie kartki.
Autorem „Notatnika” jest jeden z pośród 29000 Żydów, uwięzionych w getcie w Grodnie, który wraz z pięcioma rodakami ukrył się na poddaszu jednego z domów. Był świadkiem śmierci swej córki, której nie pogrzebał z powodu niemożności wykopania grobu. Tęsknił za żoną Felonią i synem Henrykiem. W nieludzkim cierpieniu ożywiała go nadzieja, że żona wraz z synem gdzieś żyją, a Pan Bóg pozwoli mu ich spotkać. Był osobą wykształconą, przypuszczalnie w wieku około czterdziestu lat. W okresie 20.02. - 08.04.1943r. ukrywał się w ciasnej kryjówce na strychu domu. W tym czasie prowadził zapiski w „Notatniku”.
Ludzie, ukrywający się z autorem pamiętnika, przez osiem tygodni dzień i noc przebywali w schronie, w którym formalnie nie było miejsca do siedzenia nawet w stanie skurczonym. Moralne męczarnie powiększały — zimno, śnieg, deszcze, wiatr. Nieustannie odczuwali grozę śmierci. Widzieli oprawców wywożących różne przedmioty i rzeczy, którzy nieraz pukali do ich mieszkań. Podczas lektury tych skromnych kartek, zapisanych skrótami, stylem telegraficznym, ogarnia nas przerażenie, że podobne piekło można przeżyć na ziemi.
Jaki był los Autora? Czy wyszedł z getta? Czy obecnie żyje? Niestety, nie można nic konkretnego powiedzieć. Grzegorz Hossida, były więzień getta grodzieńskiego, który sam uciekł z transportu do Treblinki, twierdzi, że trudno było by im przeżyć. Jednak wszystko, co dla ludzi jest niemożliwe, dla Pana Boga staje się możliwym. Niewykluczony jest pozytywny koniec tego dramatycznego wydarzenia - uratowanie się przynajmniej kogoś ze wspomnianej szóstki osób. Czytając pamiętnik wyczuwa się, że wszyscy są zdecydowani na opuszczenie schronu i podjęcie próby przedostania się do lasu. Z tego powodu szykują się do wyjścia. Autor przebrał się, ogolił i był gotów do wymarszu. Mogła jednakże zaistnieć inna ewentualność. Niemcy i strażnicy doszli do ich schronu, wszystkich odkryli i wywieźli do obozów koncentracyjnych lub rozstrzelali.
Z treści zachowanego „Notatnika” należałoby wnioskować, że Autor, gdy był zmuszony opuścić swój schron — porzucił zapiski. Nie przeczuwał, że ktoś je przypadkowo znajdzie i pozostaną autentycznym świadectwem tragedii nie tylko wspominanych towarzyszy niedoli, których zachowania fragmentarycznie opisuje, lecz stanie się dokumentem cierpień i zagłady 29000 Żydów z Grodna.
Przypomnijmy kilka wiadomości, które wprowadzają w tematykę czasu okupacji niemieckiej i pewnych zasad funkcjonowania ludności zamkniętej w getcie. Wszyscy Żydzi musieli nosić żółtą gwiazdę przyszytą do ubrania na piersiach i plecach. Ponadto mogli chodzić tylko środkiem ulicy, ponieważ istniał zakaz chodzenia po chodniku. Nie wolno im było poruszać się w grupie, tylko pojedynczo. Jeśli z konieczności szło parę osób, musieli iść gęsiego. Przy spotkaniu się z Niemcem mieli obowiązek zdejmowania nakrycia głowy. Za uchylanie się od tych przepisów groziła kara śmierci. Mieszkańcy getta przygotowywali się na trudne czasy, zaczęli przygotowywać kryjówki do przechowywania żywności i mienia.
Od listopada 1941r. w Grodnie funkcjonowały dwa getta – nr I znajdowało się w starej dzielnicy żydowskiej koło zamku i nr II w okolicy ul. Jerozolimskiej, obecnej ul. Antonowa, tzw. Rynku Skidelskiego. Getto nr I mieściło się na przestrzeni ok. 0,5 ha i za zasiekami gromadziło 15 tyś. mieszkańców, natomiast getto nr II terytorialnie było większe, ale miało mniej zabudowań i na jego terenie osiedlono 10000 Żydów. Wejście do getta nr II prowadziło od ul. Artyleryjskiej. Zostało ono wcześniej zlikwidowane. Jego mieszkańców przewieziono do Kiełbasina pod Grodnem i tutaj trzymano w nieludzkich warunkach, zabijano lub wywożono do całkowitej likwidacji. Od 01.11.1942r. zamknięto getto nr I i zaczęły się wywózki Żydów. W połowie marca 1943r. ostatnich Żydów przetransportowano do Białegostoku i od tego momentu getto było całkowicie puste.
Feliks Zandman w książce pt: „Nigdy nie gaśnie nadzieja”, w mistrzowski i zarazem profesjonalny sposób przedstawił historię tamtych lat oraz własny los, który po wielu, często nieludzkich przejściach i perypetiach, był dla niego łaskawy. Opisując dzieje swoje i przyjaciół w bardzo przystępny i barwny sposób przedstawił relacje międzyludzkie, jakie panowały w getcie. W podobny sposób przejrzyście scharakteryzował społeczność żydowską.
Feliks Zandman opisał jedną z kryjówek wykonaną w getcie, która bardzo przypomina schron bohaterów „Notatnika”. Wyglądała następująco: „Nad sufitem kuchni na pierwszym piętrze znajdowało się poddasze, które pojmowało przestrzeń po jednej stronie domu. Na jednym jego krańcu, tam, gdzie dach stykał się ze stropem, nie było w ogóle wolnej przestrzeni. Ale przy drugim krańcu poddasze miało wysokość ok. 50 centymetrów. Tutaj - jak sprawdziliśmy - mogło się ukryć w pozycji leżącej osiem osób. Sporządzono pomysłowo zaprojektowaną klapę włazu, zamykającą otwór w suficie kuchennym i przygotowano drabinę, jeśli zaczęłyby się wywózki, osiem wybranych osób miało wejść po drabinie i przez otwór. Następnie drabinę usunięto i przeniesiono w inne miejsce. Nie można by się tam ruszać, ale ta kryjówka była niemal nie do wytropienia”.
Ponadto Pan Feliks Zandman przedstawia, w jaki sposób ludzie dorastali do szczytów heroizmu w obliczu niebezpieczeństwa i próby. Pięknie przedstawił ostatnie wieści o swymi dziadku Nachumie Frejdowiczu, którego postawa może być dla współczesnych godną pamięci i troski o najbliższych: „Ktoś widział w tłumie mojego dziadka, jadącego w saniach ciągnionych przez konie. Po raz ostatni widziano go, jak siedział z tyłu sań z odkrytą głową na dwudziestostpniowym mrozie, tulącego w ramionach troje małych dzieci”.
Od czasów zakończenia II wojny światowej w granicach Białorusi nie przebywał żaden biskup katolicki, natomiast Wschodnia Białoruś była zupełnie pozbawiona księży już do 1937r. Podobny los spotkał wyznawców religii mojżeszowej - brak synagog otwartych dla kultu i rabinów.
Opublikowany tekst świadka życia, w getcie niech przemówi do czytelników swym autentyzmem, pełnym bólu, tragedii i cierpienia niewinnie mordowanych ludzi, ponieważ jest to jeden z nielicznych, jakże tragicznych, dokumentów eksterminacji Żydów.