Jestem nauczycielką z Polski. Na Białoruś przyjechałam 3 lata temu, ponieważ zostałam wtedy oddelegowana przez Ministerstwo Edukacji RP do Iwieńca i odtąd z małą przerwą uczę tam języka polskiego. Po rocznym moim pobycie jako nauczycielki oddelegowanej przez Polskę, wróciłam tu już na własną rękę.
Jest to mój wybór. Dlaczego? Sobie określam to tak: tak się złożyło, że polityka stanęła na drodze kulturze, językowi i nauce. Nie jest to wina prostych ludzi, a tylko garstki przekupionych osób, próbującej rozdzielić Polaków na Wschodzie. W Domu Polskim w Iwieńcu zmieniły się warunki, zmienił się dyrektor, poprzedni miał prawdopodobnie lepsze układy z Polską. Jestem przekonana, że przyczyną tego są wyłącznie polityczne uwarunkowania polskiej strony. Dla uprzednich władz iwienieckiego środowiska, związanego z Domem Polskim i dla polskich decydentów, współpracujących z tą grupą, stałam się personą non grata. W Polsce bardzo dużo się mówi o pomocy Polakom na Białorusi, o więziach kulturalnych, o potrzebie kultywowania języka i kultury. Tym czasem widzę, że generalnie nie o to chodzi. Ponieważ jestem tutaj, właściwie wróciłam tu i pozostałam tu po to, żeby na własnym przykładzie pokazać prawdę, że na Białorusi nikt nikomu nie zabrania mówić po polsku, nikt nie przeszkadza uczyć po polsku, nikt nie przeszkadza kultywować tradycje, zbierać się, obchodzić polskie święta. W Iwieńcu w poprzednim roku szkolnym odbyliśmy mnóstwo świąt polskich. Świętowaliśmy Dzień Matki, Dzień Dziecka, Dzień Ojca. Wyjeżdżaliśmy, by poznawać miejsca związane z polskimi twórcami, świętowaliśmy, czynnie uczestnicząc, Dzień Kultury Polskiej, Dzień Niepodległości. Nie zapomnieliśmy o zmarłych w Święto Zmarłych. Po polsku z opłatkiem, kolędą, choinką świętowaliśmy Boże Narodzenie.
Do Domu Polskiego zawsze przychodzą ludzie, aktywnie uczestniczą w imprezach. W szkole przy Domu Polskim uczy się ponad 100 dzieci w różnym przedziale wiekowym. Jest także i grupa dorosłych osób, które również uczęszczają na lekcje z języka polskiego. Są też i tacy, którzy po prostu przychodzą tu wieczorami porozmawiać po polsku, posiedzieć, opowiedzieć o swych korzeniach, coś poczytać, posłuchać muzyki, poezji, pośpiewać… Ci wszyscy ludzie zaskakują mnie swoim zainteresowaniem, pomysłowością i chęcią do ciepłych spotkań.
Pokochałam Białoruś, pokochałam tych ludzi i uważam, że powinnam starać się dać im to, czego strona polska im po prostu nie daje. Dużo w Polsce mówi się o pomocy Polakom na Wschodzie, o przekazie pieniędzy, o tym, że należy, że trzeba dbać, pamiętać o rodakach, lecz tak naprawdę nic takiego się nie dzieje. Polityka państwa polskiego jest w tej chwili taka, że po prostu stara się podzielić polskie społeczeństwo na Białorusi. Widziałam to w pierwszym roku mojego pobytu tutaj, a teraz jest to widoczne jeszcze bardziej, bo wszelkie próby ludności miejscowej, która zwraca się do konsulatu czy pisze do Polski, spotykają się po prostu z ignorancją - nikt nie reaguje, nie odpowiada i nie chce rozmawiać. Kłamstwa wszędzie…
Lecz generalnie tym ludziom, którym nie jest obojętna kultura polska, którzy chcą uczyć się języka, czy po prostu brać udział w uroczystościach, obrazy i kłamstwa nie przeszkadzają, słusznie nie zwracają na to uwagi. Ewidentnie bardzo dobrze widać, komu zależy na kłamliwym politykierstwie, a komu na sprawie szerzenia kultury i języka polskiego na ziemi białoruskiej. Jeżeli Polska okazuje pomoc wybranej grupie podkupionych osób, która wszystkie swe siły nakieruje na pobudzanie oszukańczych kontrowersji i nieporozumień wśród miejscowego społeczeństwa, to w takim nieprzyjemnym momencie jest mi wstyd, że pochodzę z Polski, z kraju reprezentującego fałsz.
Nie pomagają artykuły i głośne protesty - nikt z Polski nas nie chce usłyszeć. Przyjechałam tu i poznałam ludzi, poznałam białoruskie realia i widzę, że to, co podaje Polska propaganda o prześladowaniach na Białorusi, jest wstydliwym oszustwem.
Pamiętam, kiedy po raz pierwszy przyjechałam na Białoruś, bałam się, po takiej propagandzie, że jak się odezwę tu po polsku, to mnie tu po prostu zastrzelą… A jak się okazało, że na drugi dzień mojego pobytu na ulicy pozdrowiono mnie „szczęść Boże, pani Bożena” - to naprawdę zdębiałam i pomyślałam sobie: „O ludzie, o co tu tak naprawdę chodzi?”. Wtedy zaczęłam przyglądać się sytuacji i dziś naprawdę wiem, o czym mówię. Nikt tu nikomu niczego nie zabrania w ramach prawa i kultury. Ja po prostu sobie nie wyobrażam, jak można próbować narzucać drugiemu państwu swoje warunki i swoje zdanie, tak na siłę, uszczęśliwiając ludzi „po naszemu”. Może tak naprawdę jest to jakaś nowa globalna choroba światowa?
Powiem więcej. Jeżeli szczuje się Polaków wzajemnie na siebie tam w kraju, uważam, że oni sobie z tym poradzą. Tam żyją, znają realia… Jeżeli szczuje się Polaków wzajemnie na siebie wszędzie tam, gdzie nie mają oni możliwości skorygować rzeczywistości, jeżeli celowo się ich skłóca, w podły sposób kupczy nimi, to ja mówię, że draństwo to, to ja takim praktykom mówię nie. Nie oszustwu, kupczeniu, politykierstwu. Przykład…? Ot pierwszy z brzegu, jeżeli wyrzuca się z pracy dziennikarzy za to, iż ważą się prezentować obiektywną ocenę sytuacji, mam na myśli mińskie wydarzenia z 19 grudnia i reakcję na nie polskich decydentów wobec obiektywizmu obserwatorów dziennikarzy, to ja się pytam, o jakiej demokracji mówi, myśli mój kraj, o jaki jej wymiar upomina się i próbuje serwować społeczeństwom spoza granic Polski. I ja nie oczekuję odpowiedzi, ja ją znam, nazywam krótko: draństwo to i podłość, oszustwo i dobijanie, dobijanie powtarzam, w białych rękawiczkach wszystkiego, co się ze szlachetną, kulturalną Polskością kojarzyć tu, na Białorusi, w polskich sercach jeszcze może i marzy.
Bardzo gorzka to lekcja dla mnie, która przez ponad 30 lat uczyła polską młodzież patriotyzmu, miłości człowieka do człowieka, humanitaryzmu, szacunku dla godności ludzkiej. Dziś wstydzę się, żem z tego kraju, który za „judaszowe srebrniki” sprzedaje się na służbę każdemu, kto da więcej, a po drodze niszczy dorobek szlachetnych, mądrych ludzi, którzy prawdę głosili, a choćby taką: „Pamiętaj narodzie w waśni zguba, siła w zgodzie…”.
Powiem też jeszcze jedno, dziś cieszę się z tego, że mój kraj nie płaci mi za moją tutaj pracę. Wtedy, gdy płacił wymagał, bym dzieliła ludzi na tych, którzy z nami i tych którzy przeciwko nam. Gdy płacił, wymagał bym się brudziła w bagnie intryg, podłości, oszustw i politykierstwa. A ja się brzydzę takimi pieniędzmi, a ja się brzydzę podziałami, granicami, oszustwem. Za to, żem wierna swoim zasadom, z których główną jest prawdomówność i miłość do ludzi, mój kraj uważa, iż ukarał mnie odbierając możliwość opłacania mojej tu pracy. A ja mówię, nagroda to dla mnie. Bo dzięki temu, że się nie sprzedałam, zachowałam swoją godność. Jestem wolnym człowiekiem, korzystam z tej wolności w imię zasad miłości, i tego by dawać świadectwo prawdzie. Prawda ma natomiast to do siebie, że nie zna granic. I jakże smakuje kromka chleba z przysłowiowym „sałem” i jakże spokojnie można spojrzeć na swoje odbicie w lustrze. Tylko tyle i aż tyle.




